"(...) Uwielbiałam ten moment. Czułam, że wtedy zaczyna się dla mnie dzień. Melodyjka informująca, że ktoś wszedł do środka, brzmiała dla mnie jak bicie kościelnych dzwonów. Kiedy otwierałam drzwi prowadzące z zaplecza do sklepu, rozświetlona przestrzeń już na mnie czekała. Działający bez przerwy, niezawodny, idealnie normalny świat. W tę rzeczywistość wierzyłam. W świat zamknięty w pełnym światła pudełku".
Jakiś czas temu "Ziemianie" Sayaki Muraty dość często przewijały się na Instagramie, książka budziła spore emocje więc i ja się nią zainteresowałem. Przeczytałem gdzieś sugestię, że rozsądnie zacząć znajomość z autorką od "Dziewczyny z konbini", tak też zrobiłem.
![]() |
| źródło: klik! |
Trzydziestosześcioletnia Keiko połowę swojego życia spędziła jako pracownica konbini. Pracownica nie byle jaka, bo w pełni oddana swojej roli. Kobieta i sklep tworzą symbiotyczny związek. Keiko doskonale odnajduje się w rzeczywistości konbini, dostrzega wszystkie jej niuanse, błyskawicznie reaguje w maksymalnie zoptymalizowany sposób. Inaczej jest w życiu poza pracą. Bliscy dziewczyny uważają ją za społecznie nieprzystosowaną. Dziewczyna nie ma partnera, dzieci, nie robi kariery. Z czasem wymyślone "wymówki" przestają być wystarczające, otoczenie Keiko wywołuje na niej coraz większą presję. Wtedy pojawia się szansa na zaspokojenie cudzych oczekiwań.
Wiecie co jest najlepsze w tej historii? Że w pewnym momencie dołączyłem do grona osób, które oczekują od bohaterki zachowań innych niż ta prezentuje. Dałem się złapać, zacząłem oceniać i sądzić. Wszyscy wiemy jak wygląda świat. Nie chcemy być samotni, balansujemy miedzy potrzebą akceptacji a możliwością bycia sobą, szukamy kompromisów. "Dziewczyna z konbini" to książka która zachęca do refleksji, chwilami błyskotliwa, chwilami groteskowa, momentami może zbyt oczywista ale nadal warta uwagi.
